Zielona wyspa

W latach dwudziestych minionego wieku północne rubieże dzisiejszego Małego Kacka, wciśnięte wąskim klinem między nasyp kolejowy a zalesione stoki wzgórz witomińskich, stanowiły zaplecze magazynowe dla budowanej magistrali węglowej. Prawdopodobnie jeszcze przed wojną na opuszczonym placu wytyczono pierwsze boisko piłkarskie – zaznaczono je na mapie Gdyni z 1946 roku. W roku 1950 gdyński Bałtyk rozegrał tutaj swój mecz w wojewódzkim Pucharze Polski. W kolejnych latach teren uległ dewastacji i stał się wysypiskiem. W 1956 roku KS Budowlani, ówczesny gospodarz terenu, uporządkował go i urządził nowe boisko piłkarskie. Łysawa murawa z ziemnym obwałowaniem prezentowały się nadzwyczaj skromnie, tym niemniej stanowiły klubową bazę dla regularnego rozgrywania przez gospodarzy ich III-ligowych meczów. Fakt ten należy uznać za narodziny nowej oazy gdyńskiego piłkarstwa, która wkrótce, niczym „zielona wyspa”, zaczęła wabić inne gdyńskie kluby korzystniejszymi warunkami dla ich sportowej egzystencji.

Pierwsza skorzystała z nowych obiektów Arka, która po przejęciu sekcji piłkarskiej Budowlanych rozegrała przy ulicy Olimpijskiej wszystkie swoje mecze sezonu 1958 (grano wówczas systemem wiosna-jesień). Po roku wróciła jednak na wyremontowany, macierzysty stadion przy ulicy Ejsmonda.

W roku 1961 rozpoczęto gruntowną przebudowę boiska przy Olimpijskiej. Trzy lata później otwarto stadion piłkarski z prawdziwego zdarzenia – z murawą otoczoną podwyższonymi ziemnymi trybunami. W takim kształcie przetrwał aż do 2009 roku, systematycznie modernizowany i unowocześniany w zakresie koniecznym dla spełnienia rosnących standardów. Gospodarzem przebudowanego stadionu został Bałtyk, który w poszukiwaniu lepszych warunków dla swej pracy wyemigrował tutaj z przemysłowych obszarów Gdyni. Niemal cztery dekady później, latem 2000 roku na tutejsze obiekty definitywnie przeniosła się ze swego nadmorskiego matecznika kolejna gdyńska drużyna – Arka. W ten sposób północne pogranicze Małego Kacka ostatecznie zmonopolizowało całe gdyńskie piłkarstwo.

Paradoksem przemieszczeń migracyjnych gdyńskich klubów jest fakt, że piłkarska tożsamość małokackiego stadionu jest przez ogromną większość sympatyków gdyńskiej piłki identyfikowana wyłącznie z Arką usuwając w cień lokalne tradycje Bałtyku. Na taką popularność Arki wśród kibiców decydujący wpływ wywarły tradycje wyniesione z jej starego, nadmorskiego obiektu przy ulicy Ejsmonda zwanego niegdyś Ranczem lub Panderosą. Arka jako pierwsza z gdyńskich zespołów przebyła drogę od III-ligi do statusu dobrego I-ligowca wieńcząc swe dzieło Pucharem Polski – dokonała tego zaledwie w czasie jednej dekady 1969-1979.

Już w listopadzie 1970 roku mecz o ćwierćfinał Pucharu Polski z warszawską Legią obejrzała rekordowa liczba widzów. Dziennikarz sportowy „Głosu Wybrzeża” Albert Gochniewski relacjonował, że: „Takiego tłoku jeszcze na stadionie gdyńskim nie było. Oficjalnie podano, iż widzów było 15 tysięcy, ale chyba na stadion dostało się kilka tysięcy więcej. Szczelnie oblepione były też wszystkie wzgórza okalające boisko jak również drzewa. … [Na „górce”], gdzie znajdowała się cała dopingująca „orkiestra” z syrenami, bębnami, piszczałkami i kotłami, rosła na szczycie wysoka sosna, a na niej wyprawiali harce młodzi chłopcy, kiwano się jak na huśtawce i z obawą patrzyliśmy kiedy pień drzewa pęknie i całe towarzystwo znajdzie się na ziemi…”

Panoramę „górki” sprzed lat prezentuje zdjęcie z II-ligowego spotkania z wrocławskim Śląskiem rozegranego w kwietniu 1971 roku i zakończonego wysoką wygraną gdynian 3:0.

W październiku 1971 roku Arka kolejny raz podjęła walkę o ćwierćfinał PP. Mecz z chorzowskim Ruchem obejrzało 30.000 widzów co do dziś stanowi klubowy rekord frekwencji. Paradoksalnie został on osiągnięty na stadionie … gdańskiej Lechii, na którym Arka wystąpiła w roli gospodarza z uwagi na ogromne zainteresowanie trójmiejskich sympatyków piłki nożnej. W pomeczowych opiniach kibiców mogło to być jednak przyczyną jej nikłej porażki (1:2) – jakość dopingu gdańskiego nie umywała się do tradycyjnego gdyńskiego „kotła”.

W marcu 1972 roku, na inaugurację wiosny, odbył się mecz z poznańskim Lechem – głównym konkurentem do I-ligi. Przepełnione trybuny, gorąca atmosfera, wiara w sukces gdynian, wzajemne prowokacje kibiców obu drużyn (nie mieli wówczas jeszcze zielonego pojęcia o wieczystej przyjaźni łączącej ich w następnych pokoleniach). Piłkarze, jak to czasem bywa, nie podołali zadaniu i w kiepskim stylu już do przerwy przegrywali 0:2. Żałość miejscowych nie miała granic a ich nieutulony żal „zmaterializował” się na kibicach Lecha. W przerwie na bieżnię stadionu prewencyjnie wkroczyły oddziały ZOMO w pełnym rynsztunku. Był to początek lat 70-tych i ze zrozumiałych względów reakcja widzów mogła być w Gdyni tylko jedna – cały stadion pozdrowił nowych „gości” gromkim: gestapo, gestapo…! Niestety po meczu frustracja lokalnych fanów rozładowana została na szybach pojazdów z poznańską rejestracją. Stadion Arki czasowo zamknięto.

Wymarzony przez kibiców debiut w ekstraklasie nastąpił dwa lata później. Był nim mecz z łódzkim ŁKS-em rozegrany 17 sierpnia 1974 roku. Atmosferę tego spotkania tak opisywał w tygodniku „Piłka Nożna” znany dziennikarz i publicysta Tomasz Wołek: „… tłumy już na parę godzin przed meczem ciągnęły ku stadionowi. Już z oddali dochodził miarowy potężny krzyk: Arka! Arka! To dawali znać o sobie najwierniejsi kibice tradycyjnie gromadzący się na tak zwanej „górce” … Również pozostałe okoliczne wzgórza, wszelkie możliwe skrawki wolnej przestrzeni zostały oblepione przez podekscytowanych kibiców. … To co nastąpiło po zdobyciu jedynej, a zarazem pierwszej w historii występów w ekstraklasie bramki było jedną wielką eksplozją. Słynna „górka” falująca setkami żółto-niebieskich klubowych flag przypominała kipiący wulkan.”

Późniejsze lata przyniosły kibicom wiele niezapomnianych emocji. Były mecze z czołowymi drużynami ekstraklasy, zwycięska II-ligowa rywalizacja z gdańską Lechią w sezonie 1975-76 a w finale dekady wygrany z krakowską Wisłą Puchar Polski i potyczki z bułgarskim Beroe. Frekwencja meczowa w Gdyni przekraczała granice zdrowego rozsądku – trzydziestokrotnie na trybunach zasiadało około 20.000 widzów, a kilka razy było ich nawet ponad 25.000. Cóż, dzisiaj w epoce numerowanych krzesełek takie liczby są zupełną abstrakcją! Być może rodowód śledziowej maskotki klubu nawiązuje właśnie do ówczesnego ścisku na trybunach małego stadionu, który również piłkarzom oferował mniej niż skromne warunki do treningów i rozgrywania meczów. Było to szczególnie zauważalne na przedwiośniu, gdy topniejący śnieg zamieniał murawę w istne grzęzawisko – tak jak to widać na zdjęciu z premierowego meczu z zespołem GKS Katowice po zimie stulecia 1978/79. Tak to kiedyś bywało!

A co jest dzisiaj? Od roku w Małym Kacku jest nowy stadion, jest nowe pokolenie takich samych jak dawniej kibiców, jest trybuna nazwana „górką” a na niej wciąż żywe tradycje przeniesione tutaj ze stromych zboczy wzgórza zza bramki dawnego nadmorskiego stadionu – oby dalej kultywowano tylko te najlepsze! Tak czy inaczej magia dawnej gdyńskiej Panderosy zaczyna powoli wypełniać gościnny stadion przy Olimpijskiej. Należy tylko wierzyć, że zrewitalizowany zespół Arki również nawiąże do swych dawnych, świetnych tradycji.

A tymczasem niedawno obwieszczono, że atrakcyjna małokacka „zielona wyspa” zwabi wkrótce na swoje obiekty kolejny zespół piłkarski – tym razem będzie nim, nomen omen, narodowa reprezentacja Irlandii.

Janusz Postek