Wspomnienia mieszkańca – Józef Gielniak

Urodziłem się w 1935 r. w Gdyni. Pamiętam, że w październiku 1939 r. przyszedł do naszego mieszkania na ul. Olsztyńskiej nieznany mi pan w kapeluszu i skórzanym płaszczu. Ten pan powiedział mojej mamie, że w tym mieszkaniu będzie mieszkał kapitan Kriegsmarine – von Datta. Jak się potem dowiedziałem był to przedstawiciel tajnej policji, który poinformował moją mamę, że jeżeli w 24 godzin nie opuścimy tego mieszkania, to zostaniemy wywiezieni do Potulic. Tenże tajniak poszedł również do naszego sąsiada pana Wysockiego i przekazał mu podobną informację. Jak się później okazało, był i u wielu właścicieli dużych mieszkań. Nie wszyscy spełnili jego polecenie i rzeczywiście zostali wywiezieni. Pamiętam jak w 1944 r. pojechałem z mamą do Potulic do obozu pracy odwiedzić naszych znajomych, którzy nie posłuchali tajniaka.
Mój ojciec uwierzył tajniakowi, bo znał dobrze Niemców i tego samego dnia zorganizował furmankę, na którą załadował kredens, tapczan podwójne łóżko, pościel i najpotrzebniejsze drobiazgi – ile się zmieściło i nocą wyjechaliśmy do Małego Kacka.
Mały Kack w naszej mentalności nie należał do Gdyni. Nie było np. komunikacji z Gdynią. Dla mnie Gdynia kończyła się przy cegielni w okolicach obecnej ul. Kieleckiej (która w tamtych czasach jeszcze nie istniała). Tam był wąwóz, do którego po wojnie przyjeżdżali Cyganie z dużymi taborami i w którym mieszkali cale lato. My jako uczniowie przybiegaliśmy przez górkę od ulicy Morskiej i spędzaliśmy z nimi czas – patrzyliśmy jak oni żyją, co robią, oczywiście cyganki one chciały nam wróżyć. Cyganie przestali przyjeżdżać koło 50 roku.
Czemu tata zawiózł nas do Małego Kacka nie wiem. Nie wiem też skąd ojciec znalazł nam nowe mieszkanie. Mieszkanko było malutkie, pokoik 12 m2, jeszcze mniejsza kuchnia i mały korytarzyk. Mieściło się na drugim piętrze domu przy ul. Częstochowskiej nr 15. Naszymi Sąsiadami byli państwo Abramowscy, Odebralscy i pani Zakrzewska. W tym domu na parterze był sklep kolonialny państwa Ebertowskich, którzy mieszkali tuż obok sklepu. W tym czasie nasz dom był jednym z najwyższych w Małym Kacku. Dom był z lat 30, jeszcze nieotynkowany. Dopiero co zrobiono kanalizację ulic, ale domy nie były skanalizowane. Wodę nosiło się z pompy stojącej na środku podwórka, a ścieki wylewało się tuż przy południowej ścianie budynku gdzie z rynny deszczówka wypływała do betonowego koryta zakończonego kratką. Na podwórku stały drewniane latryny.
Pamiętam też, że na podwórku stały duża szopa na węgiel i drewno, z której mogliśmy korzystać. Pod drewnem ukryte było radio, przy którym ojciec z panem Sylwkiem Abramowskim stawali wieczorami i po cichu wysłuchiwali wiadomości z BBC. Przez całą wojnę trzymaliśmy tam również kury i króliki.
Naokoło naszego domu były domki parterowe. Naprzeciwko znajdowała się kuźnia, z ogromnym drzewem, chyba dębem. Ulice były już wyznaczone, ale dużo mniej zabudowane, a większość domków była parterowa i często drewniana, choć były też i piętrowe budynki. Na przykład idąc na zachód za ulicą lipnowską były już łąki, które należały do leśnictwa Krykulec. Tak samo jak teren pod kościołem. Główne ulice, które były zabudowane to Sieradzka, Piotrkowska, Częstochowska Łowicka. Pamiętam jednak, że jak się wracało z Orłowa to można było iść na skos od wiaduktu przez Plac Górnośląski i ul. Wrocławską. Podobnie było przy końcu ul. Częstochowskiej (od ul. Łowickiej) nie było tam domów, tylko małe ogródki i szauerki i można było między nimi dojść do ul. Sandomierskiej. Sandomierska była zwykłą pisakową ulicą, którą zimą się zjeżdżało na sankach. Na wschód od tej ulicy, aż po Psią Górkę było pole z ziemniakami. Po wykopkach wykonanych maszynami przychodzili ludzie z koszami i motykami i jeszcze raz przekopywali ziemię i zbierali ziemniaki na zimę. Oczywiście my z siostrą również braliśmy w tym udział.
Nazwa Psia Górka już wtedy funkcjonowała, ale nie wiem skąd się wzięła. Nie była tak gęsto zabudowana jak dziś, ale były tam już pierwsze domy. Szkoła w Kacku była drewniana (obecnie budynek stojący obok murowanej szkoły), kościół też był inny.
Jeśli chodzi o punkty usługowe, to na rogu piotrkowskiej i łowickiej był sklep rzeźnicki, tu koło nas sklep pana Ebertowskiego, a reszta to już raczej przy Placu Górnośląski lub w Orłowie.
Żadna z ulic w Małym Kacku nie była wybrukowana, ale jak wspomniałem wcześniej były już skanalizowane. Po prostu chodziło się po piasku. Pamiętam, że jedną z moich ulubionych zabaw było siedzenie okrakiem na środku ul. Lipnowskiej i wsypywanie garściami piasku przez otwory w żeliwnej pokrywie zamykającej kanalizacyjną studzienkę. Z kolegami graliśmy również monetami (fenigami). Polegało to na tym, że trzymając między palcami monetę uderzało się dłonią o ścianę budynku i jeżeli wypuszczona moneta upadła na tyle blisko monety kolegi, że mogłem dotknąć obu palcami jednej dłoni, to zabierałem obie monety.
Mniej przyjemną „zabawą”, którą pamiętam były walki z chłopakami z Witomina. Nie wiem skąd się to wzięło, ale to były dwa wrogie obozy – Mały Kack i Witomino. Wszystko się odbywało na granicy torów i wiaduktu przy ul. Łowickiej. Do walki używaliśmy ogromnych kamieni granitowych z nasypu, które rzucaliśmy przy pomocy procy. To była taka proca ze sznurków. Jeden dłuższy koniec zawijało się na dłoni a krótszy trzymało się w ręku, a pośrodku była skórzany pas, na którym kładło się kamień. Taką procą wywijało się nad głową i puszczało krótszy sznurek. Kamień potrafił lecieć do 50 m. Kto dostał takim kamieniem był ciężko ranny. Nie wiem czemu prowadziliśmy takie wojny, ale jest to w sumie przykre wspomnienie. Na szczęści nie pamiętam, żeby ktoś został ranny, przynajmniej po naszej stronie.
Pamiętam też, że z kolegami zbudowaliśmy tamę na rzece Kaczej. Tama tworzyła nam basen o średnicy ok. 8 m i głębokości ok. 80 cm, w którym uczyliśmy się pływać z kolegami. Jeżeli dobrze pamiętam, to budowaliśmy to przy ruinach starego młyna na tych zakrętach w okolicy ul. Radomskiej. Jak sobie przypominam, już wtedy były tam ruiny, młyn musiał zostać zniszczony wcześniej.
Jako dziecko miałem dużo wolnego czasu. Do niemieckiej szkoły nr 13 chodziłem tylko 2 razy w tygodniu po 3 godziny. Nauczyłem się tam dobrze kaligrafować, gdyż nauczyciel za każdą nieładnie napisaną literkę bił nas po kostkach dłoni drewnianą pokrywą od piórnika.
Wolny czas wykorzystywałem na zabawę i pracę w ogródku warzywnym. Trzeba było też zbierać drewno i trawę dla królików. Las był źródłem pozyskiwania drewna. Niestety takie były warunki, że trzeba było drewno kraść. W lesie leżały pocięte metrowe kawałki buczyny zebrane w wałki po dziesięć – dwanaście centymetrów i to zabierało się do domu. Organizowanie trawy dla królików to był codzienny problem. Najłatwiej było narwać na łąkach, które rozciągały się niedaleko domu w kierunku zachodnim. Łąki te należały jednak do leśnictwa Krykulec, a zrywanie trawy było nielegalne. Chodziliśmy zwykle w 3-4 osobowych zespołach. Jednego razu niestety złapano nas na gorącym uczynku i zaprowadzono do leśniczówki, a tam młodzi robotnicy przygotowywali kołki pod pomidory. Niektórzy z nas już myśleli, ze to kołki, którymi będą nas bić i ze strachu mieli już „pełne portki”. Na szczęście skończyło się na strachu i pogróżkach ze strony leśniczego. Skoro już jestem przy leśniczym, to warto wspomnieć, że aby legalnie zbierać jagody lub grzyby, trzeba było co roku wykupić specjalne pozwolenia na zbieranie runa leśnego.
Poza drewnem „organizowaliśmy” również węgiel. Przez całą okupację Niemcy przewozili pociągami węgiel z Górnego Śląska do portu w Gdyni, oczywiście przez Mały Kack. Tory kolejowe właśnie tutaj tak skręcają, że jeżeli jechał długi skład węglarek wyładowanych olbrzymimi grudami węgla, to nie widać ani początku, ani końca pociągu, gdzie zawsze siedzieli wartownicy w karabinami. Pociągi jechały z górki, więc dosyć wolno. Grupa chłopców starszych w wieku 15-16 lat wdrapywała się na wagony i zwalali grudy węgla, które kulały się na dół po wysokim nasypie, a my młodsi z wózkami na dwóch kółkach uciekaliśmy z węglem do domów.
Ogólnie w Kacku było raczej bezpiecznie. Porządku pilnowała policja niemiecka. Pamiętam, że nosili takie śmieszne wysokie hełmy jeszcze pruskie. Posterunek jeżeli dobrze pamiętam to był w obecnym Orłowie, mniej więcej tam, gdzie teraz jest cukiernia rogalik (przy Placu Górnośląskim). Z tymi policjantami wiążą się moje dwa wspomnienia. Po pierwsze zdarzało się, że policjanci przechodzili przez Kack i robili „odstrzał” kur, które chodziły swobodnie po ulicy i zabierali je ze sobą.
Druga historia wiąże się z odwiedzinami mojego wujka, który przyjechał do nas na rowerze z Orłowa. Pożyczyłem rower od wuja i zacząłem sobie jeździć dla zabawy. Po chwili kolega prosił żebym go przewiózł. Wsiadł na bagażnik i w tym momencie pojawił się „szupo”, jak nazywaliśmy policjantów i zabrał mnie na posterunek do Orłowa. Tam za karę, że jechaliśmy we dwóch na rowerze (co było zakazane) musiałem klęczeć na grochu w kącie komisariatu przez 4 godziny.
Jak już wspominałem nie było komunikacji z Małego Kacka. Ojciec chodził idąc do pracy rano szedł do Orłowa na stację kolejową i stamtąd jechał do Rumi Zagórza. Na plażę, do Orłowa chodziło się pieszo, przez Rynek Górnośląski, potem Orłowską. Jak patrzę na to teraz to jest to daleko, ale wtedy nie było innych możliwości i każdy tak chodził.
W kacku mieszkali Niemcy – zwłaszcza pod koniec wojny, byli to żołnierze i oficerowie, ale to nie trwało tak długo. W tym czasie myśmy musieli się przenieść do piwnic, bo w naszych mieszkaniach mieszkali oficerowie. Ale więcej było polaków i volksdeutschów, tak jak pan Ebertowski, który miał sklep.
W marcu 1945 r. zaczęły się naloty aliantów na Gdańsk. Obserwowaliśmy wieczorami i w nocy ogromne ilości bombowców, które leciały z północnego zachodu w kierunku Gdańska. W tym czasie wszyscy mieszkańcy urządzili sobie legowiska w piwnicach. Nasza piwnica przylegała do zachodniej ściany domu. Po którejś nocy, nad ranem pociski sowiecki trafił nasz dom w zachodnią ścianę 30 cm nad stropem naszej piwnicy, przebił ścianę i..nie wybuchł. Ogromny pocisk oglądaliśmy potem w mieszkaniu państwa Eberstowskich. Jak były naloty to jeszcze zaraz koło naszego domu spadła inna bomba i zrobiła 8 metrowy lej, wiec szczęśliwie, że nie trafiła w nasz dom.
Pamiętam, że zanim Rosjanie weszli do Małego Kacka, to wieczorami puszczali bardzo głośno swoje pieśni. To w ciszy nocnej się pięknie niosło i dawał nam nadzieję, że już za chwilę Rosjanie wejdą. I rzeczywiście jednej nocy Niemcy zniknęli i pojawili się Rosjanie, którzy przeszukiwali następnie z bronią mieszkania w poszukiwaniu dziewczynek… Mój ojciec przed wejściem Rosjan zbudował dużą budę podobną do psiej i ustawił ją w piwnicy. Od góry była zasypana drewnem i wejście do niej było niewidoczne. Ojciec dobrze znał Rosjan, bo brał udział w wojnie z 1920 r. Od czasu, gdy słychać było pieśni Rosjan ojciec chował siostrę na noc do tej budy. Nie wiedziałem wtedy po co? Zrozumiałem gdy Rosjanie weszli do Kacka.
Pamiętam, ze bardzo się dziwiłem czemu Rosjanie przychodzą od południowego zachodu, bo przecież Rosja była na wschodzie. Ale to był manewr taktyczny generała Batowa, który z 65 armią miał przyprzeć Niemców do zatoki, odcinając im możliwość innej ucieczki. Samych walk w rejonie Kacka nie pamiętam dokładnie. Jak mówiłem, Rosjanie wieczorem jeszcze grali swoje pieśni, a Niemcy byli w Kacku, po czym następnego dnia to Rosjanie już byli w Kacku, a Niemcy bronili się ze szpitala w Redłowie. Stamtąd karabinami maszynowymi strzelali w Mały Kack, w tym w nasz dom. Aż było widać ognie ze stanowisk karabinów, także rodzice bardzo nas pilnowali, żebyśmy jako dzieci siedzieli schowani w domu.
Po drugiej stornie naszego domu mieszkali państwo Grabowscy, mieli mały domek i na ich podwórku stała armata kaliber może 75 mm. Jak ojciec pozwolił mi raz pójść ze sobą na drugie piętro to akurat wystrzeliła. Przestraszyłem się mocno, bo pocisk przelatywał obok okna w odległości około metra i huk był ogromny. Z tego momentu pamiętam jeszcze taką sytuację. Rosjanie byli już w naszym domu, a snajperzy niemieccy jeszcze chowali się za torami. Wyszedłem z piwnicy na ulicę. Od strony ul. Łowickiej szli w moją stronę czterej pijani żołnierze sowieccy zataczając się śpiewali sobie. W pewnym momencie od strony torów padł strzał i jeden z nich osunął się na ziemię. Chwila niepewności i.. idą dalej śpiewając. Następna luka między budynkami i kolejny strzał. Gdy zobaczyli, że zostało ich tylko dwóch to dopiero wówczas schowali się za domem.
Pamiętam też, że jak Niemcy uciekali, to było tu sporo oficerów, którzy mieli bardzo ładne samochody. Ponieważ już nie mieli zupełnie paliwa tylko ropę do czołgów, to pamiętam taką sytuację, że jechał czołg ulicą częstochowską i ciągnął za sobą kilkanaście samochodów. Była to śmieszna scena, bo gdy skręcał w ul. Lipnowską to o ile pierwsze samochody jeszcze dawały radę skręcić prawidłowo, to już następne coraz bardziej wypadały z toru i wpadały w płot niszcząc płot i siebie. Sporo się wtedy poważnie uszkodziło.
Z innych ciekawych wspomnień pamiętam, że pod koniec wojny na terenie zakładów hydraulicznych przy kościele znajdował się duży obóz jeniecki. Byli dużo narodowości Rosjanie, Włosi, Francuzi. W niedzielę, gdy jeńcy nie pracowali, to chodziło się do nich i można było handlować z nimi, oni robili różne ozdóbki, kolczyki, pierścionki. Pamiętam, że Niemka z rogu Lipnowskiej i Olkuskiej zaprzyjaźniła się z Włochem z tego obozu pobrali się i Włoch został w Kacku po wyzwoleniu obozu.
Rosjanie zostali w Kacku dosyć długo. My jednak gdy tylko nadarzyła się pierwsza okazja wróciliśmy do naszego mieszkania przy ul. Olsztyńskiej.
Józef Gielniak